„Słowa bogini sprawiły, że Anaela uniosła na nią pociemniałe ze zgrozy oczy.
- Nadchodzi wojna. Najkrwawsza jaką znał ten świat. Jedna z was musi
poprowadzić do niej Ferrin: ty, albo twoja córka. Wiedz, że tym razem
nie będzie to Wielka Gra, a wielka rzeź. I to tobie wielkodusznie dajemy
wybór. Więc, Anaelo dell’Idarei…?”
Jaką decyzję podejmie Anaela? Kto poprowadzi Ferrin i sprzymierzeńców do decydującej bitwy? Kto zwycięży? I za jaką cenę?
Wojna o Ferrin to czwarta część pięciotomowego cyklu fantasy, o bogatej i
żywej fabule, zaskakujących zwrotach akcji, której bohaterowie są
intrygującymi i niepokojącymi postaciami. Targają nimi wielkie
namiętności: żądza władzy, miłość i nienawiść.
Kolejna odsłona .Ci sami bohaterowie...wciąż i wciąż odkrywani od
nowa. Bo czy ktoś może powiedzieć że zna Anaelle? Sellinarisa? Czy
nawet Cienie? Po przeczytaniu tej części...mogę powtórzyć za
Sokratesem:Wiem że nic nie wiem.To już nawet nie są nieprzewidziane
zwroty akcji...tu zaskakują przede wszystkim postacie, które zdawałoby się znamy jak
...łyse konie.
Akcja wartka owszem, ale na samą tytułową wojnę czeka się i czeka. A
kiedy już mamy jakiś obraz tej potyczki ciach i wszystko się zmienia.
Chwilami gubiłam się w tej powieści, gubiłam się w relacjach między
głównymi bohaterami. Podobno najważniejsza jest tu przyjaźń, ale ja
oprócz bezgranicznego oddania, nie bardzo mogłam dopatrzeć się tej
ludzkiej, ciepłej przyjaźni. Ciągłe docinki, pretensje i kłótnie.
Ale z drugiej strony znowu byłam ciekawa co dalej, co jeszcze się wydarzy, jak to się skończy.
Czyta się jednym tchem. Z niecierpliwością czekam na zakończenie serii.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz