Pisarz Owen Quine zaginął. Jego żona zleca sprawę prywatnemu detektywowi
Cormoranowi Strike’owi. Kobieta sądzi, że mąż potrzebował kilku dni dla
siebie, jak to zdarzało się już wcześniej. Strike ma go odnaleźć i
sprowadzić do domu. W trakcie śledztwa okazuje się, że powód zniknięcia
Quine’a może być znacznie poważniejszy niż podejrzewa żona. Pisarz
właśnie ukończył rękopis będący jadowitym portretem niemal wszystkich
jego znajomych. Gdyby książka została opublikowana, zrujnowałaby
niejedno życie, więc wielu osobom mogło zależeć na uciszeniu autora. A
kiedy ten zostaje odnaleziony – brutalnie zamordowany w dziwacznych
okolicznościach – rozpoczyna się wyścig z czasem, by zrozumieć motyw
bezwzględnego zabójcy, zabójcy, jakiego Strike do tej pory nie spotkał…
W „Jedwabniku” dzieje się zdecydowanie więcej niż w „Wołaniu kukułki”,
choć w obu powieściach strony przewracają się równie szybko. Mam
wrażenie, że autor dużo częściej dał się poznać czytelnikowi jako
człowiek o porządnym poczuciu humoru. Detektyw natomiast ujawnia swoje
ogromne zamiłowanie do futbolu i Arsenalu Londyn. Robert Galbraith nadal
bardzo sprawnie kluczy między relacjami damsko-męskimi, ale nie tylko;
jest niezłym psychologiem i obserwatorem. Być może niektóre wątki były
do przewidzenia, jednak cóż z tego? Zabawa podczas lektury była
przednia, akcja wciągająca, a bohaterowie coraz bliżsi.
Osiem miesięcy temu Cormoran Strike wraz ze swoją asystentką Robin
rozwiązał sprawę domniemanego samobójstwa popularnej modelki Luli
Landry. Rozgłos, jaki przypadł mu w udziale, z jednej strony nie
spodobał się stroniącemu od ludzi i popularności detektywowi, jednak z
drugiej - zapewnił mu stały przypływ zleceń, dzięki którym mógł chociaż
trochę odbić się od finansowego dna. Tym razem nic nie zapowiada
pasjonującego śledztwa czy kryminalnej zagadki; ot, zmartwiona żona mało
znanego pisarza prosi weterana wojennego o pomoc w odnalezieniu męża,
który niejednokrotnie już znikał na kilka lub kilkanaście dni. Okazuje
się jednak, że tak zwana „kryjówka pisarzy”, w której rzekomo miał
przebywać zaginiony Owen Quine, to ślepa uliczka. Tropem okazuje się
natomiast najnowsze, dopiero co ukończone dzieło Quine’a, w którym
pisarz obraził chyba niemal cały londyński światek wydawniczy, a także
ludzi, którzy uważali się za jego bliskich.
Opis wydawcy dość szybko informuje nas, że Cormoranowi nie uda się
znaleźć żywego pisarza. Zlecenie polegające na znalezieniu człowieka,
zamienia się więc w wyśledzenie zabójcy, a lista podejrzanych jest
niezwykle długa. Okazuje się bowiem, że Quine swoim pisarstwem i
aroganckim zachowaniem przysporzył sobie wielu wrogów i niełatwo
stwierdzić, kto dokonał na nim brutalnego mordu. Sprawa komplikuje się
jeszcze bardziej, kiedy w ręce detektywa trafia ów przeklęty rękopis
powieści ofiary. Treść tej książki jest niepokojąca, obrzydliwa i
perwersyjna, a atmosfera panująca wokół śledztwa staje się w pewien
sposób równie oślizgła i śmierdząca.
Podobnie jak w pierwszej części cyklu o Cormoranie Strike’u, fabuła nie
skupia się na samym śledztwie. Czytelnik będzie zatem także świadkiem
napięć wytwarzających się między śliczną Robin a detektywem, a także
narastających problemów w związku asystentki Cormorana. Matthew –
ukochany panny Ellacott - jest nastawiony coraz bardziej sceptycznie
zarówno do pracy Robin, jak i do samej osoby jej szefa. Również Strike
nie ustrzeże się od osobistych problemów, których dostarczy mu jego była
narzeczona, Charlotte. Powrócą znani nam z „Wołania kukułki”
bohaterowie, jak i pojawią się zupełnie nowi: dziwaczna, ale wzbudzająca
pewną dozę sympatii klientka Cormorana - Leonora Quine, jej córka
Orlando z wiecznie zwisająca małpką u boku czy Nina Lascelles, dzięki
której Robert Galbraith znów pokazuje, że jego bohater nie jest idealny,
ani nieskazitelny pod względem moralnym.
Każdy rozdział "Jedwabnika" rozpoczyna się cytatem z różnych dzieł
literackich. Cytatem, który niejako zapowiada treść rozdziału. Jeśli
chcecie wiedzieć, dlaczego jedwabnik może być metaforą pisarza, musicie
koniecznie przeczytać drugi tom cyklu o Cormoranie. Ja już to wiem.
Jestem całkiem pozytywnie zaskoczona. Nie spodziewałam się, że ta
książka aż tak mnie wciągnie. Bardzo szybko się ją czytało i chyba co
kilka stron zmieniałam swoje przekonania co do tego kto w finale okaże
się prawdziwym mordercą, ale spędziłam z nią kilkanaście przyjemnych godzin. Na pewno będę wypatrywać kolejnych tomów cyklu.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz